Menu Zamknij

Rowerem wzdłuż Bałtyku — Trasa rowerowa R10, cz. 2

Od teraz zaczyna się prawdziwa zabawa!

Po pracy szybko się pakuje z wcześniej przygotowaną listą. Czy jest mi potrzebny plecak, a jak tak to jaki? 25, 30l? Na wszelki wypadek pożyczam plecak ze stelażem od kolegi. Ostatecznie wybieram mój 30 litrowy plecak, stwierdziłem, że w ostateczności będę mógł go zawinąć w rulon i schować do sakwy. Spakowany, sprawdzam, czy wszystko wyłączone w mieszkaniu (sprawdzone 3 razy-prawie jak nerwica natręctw). Dojeżdżam na właściwy peron, okazuje się, że zapomniałem słuchawek! Co ja będę robił bez słuchawek, jeżdżąc na rowerze po 8 godzin dziennie? Już za późno, Ech.

W pociągu obowiązkowa maseczka (czas Covidu), ciężko zasnąć przy ciągle włączonym oświetleniu, no nic, wyśpię się kolejnej nocy (ta, na pewno).

Początek

Przesiadka w Poznaniu 5 rano, w Gdańsku jestem na 9. Trójmiasto, kiedyś zostanę tu na dłużej. Wsiadam na rower, włączam nawigację i jadę. Szukam kabla do telefonu, oczywiście nie wziąłem. Po drodze kupuje nowy, mam nadzieję, że przyda się po wyprawie.

Gdańsk później Sopot a na końcu Gdynia, naprawdę piękne miasta. Kieruje się ciągle rowerową drogą R10, którą gubię non stop, jeżdżąc z aplikacją Google Maps. W Kosakowie zaraz obok Gdyni zaczyna się szutr. Przejeżdżam przez rezerwat przyrody „Beka” – nawet zabawne. Jadąc przez rezerwat, spotykam rowerzystę Mateusza, zmobilizował mnie do przejechania dodatkowych kilometrów i dotarcia na Hel. Mateusz był twardym zawodnikiem i włączała się rywalizacja, jechaliśmy naprawdę szybkim tempem jak dla mnie. Na reszcie Hel. Piasek złoty, jakby przywieziony z Sardynii, woda gorąca, odstrasza glonami i tym, że wkładając dłoń do wody ledwo ją widać. Półgodzinna regeneracja i czas coś zjeść. W międzyczasie z morza wyłania się foka, która najzwyczajniej też chciała się poopalać, ale przez tłum gapiów zrezygnowała.

Wracamy, zaczyna dopadać zmęczenie. Dojeżdżamy do Władysławowa, robie zakupy w asyście Mateusza, proszę go, żeby wysłał mi plecak z powrotem do domu. Nie jest mi ani trochę potrzebny. Dzięki wielkie kolego!

Jest 21:00, zaczyna się ściemniać, szukam jakiegoś miejsca na nocleg przy głównej drodze. Dobra, nie ma co wybrzydzać. I tak już mało widzę. Rozbijam obóz. Rower zapinam do drzewa, jeszcze tylko kolacja i idę spać. Jestem wykończony, w nocy budzi mnie chrumkanie małych dzików (chyba małych), zastygam, przypominając sobie, jak wujek opowiadał o maciorach broniących swoje młode. 10 minut i cisza, uf, idę spać dalej.

Dzień drugi

Wstaje lekko obolały, 140 km poprzedniego dnia dały w kość. Jest piękna pogoda, wychodzę z namiotu i okazuje się, że nawet ładne miejsce sobie znalazłem. No dobra, zbieram się. Szybki demontaż namiotu, sprawdzam, czy wszystko na pewno zabrałem ze sobą i jadę dalej. Pierwszy kilometr jazdy dość bolesny, boli mnie tyłek, nogi, ale o dziwo po 5 minutach wszystko przeszło i mogę jechać dalej. Mijam po kolei małe miasteczka, aż docieram do Jastrzębiej Góry, czas na śniadanie.

Przejeżdżam dalej przez Łebę, jadąc do Ustki, spotykam Adama, który od 30 lat na wakacje jeździ w to samo miejsce, objeźdźmy Ustkę z każdej strony, pokazuje mi najciekawsze zakamarki tego pięknego miasta. Oczywiście musiałem zahaczyć o plaże, wymoczyć stopy. Jadę dalej. Po drodze wstępuję do sklepu, prosząc mężczyznę z dzieckiem czekającym na żonę, żeby od czasu do czasu zerknął na mój dobytek.

Dojeżdżam do Słowińskiego Parku Narodowego, przez który ciągnie się trasa R10. I tutaj uwaga.

Objeżdżajcie to miejsce. Istne piekło, wszystko zarośnięte, błoto, kałuże, nierówności, trawa w każdej części ciała. Nie ma za co :), Chociaż nie mogę powiedzieć, bo bardzo ładne widoki

Robi się późno więc czas znaleźć miejsce na rozbicie domku. Dojeżdżam do okolic miejscowości Smołdzino. Znajduję najlepszą miejscówkę do rozbicia obozu od dawna. No co za luksus. Bardzo polecam! Teren Parku Narodowego, no ale sami zobaczcie. Jak to znajomy skomentował, sceneria istnie z wiedźmina.

Trzeci dzień

Budzi mnie słońce, kolejny piękny dzień, dzisiaj już mniej obolały, przeciągaj się, wychodzę z namiotu biorę głęboki wdech i zaczynam się pakować.

Pakuję dobytek, sprzątam po sobie i jadę dalej przed siebie, po wczorajszej walce po trasie w Słowiańskim Parku Narodowym będzie tylko lepiej.

Cały dzień, prawie że bezchmurne niebo. Lampa. Co za świetny pomysł z tą wyprawą — pomyślałem (na serio). Oczywiście jakbym był lepiej przygotowany, lepszy sprzęt, ale i tak uwielbiam takie spontaniczne wypady.

Czas na chwilę wolnego, trzeba coś zjeść. Z sakwy wyciągam paprykarza szczecińskiego, obok Pani w podeszłym wieku patrząc na mnie robiącego sobie bułki w stylu harcerskim zaczyna się podśmiechiwać. Widząc jej reakcje sam zaczynam się śmiać 😂

Po dość monotonnym dniu i wykończeniu rozbijam się w Kołobrzegu.

Czwarty dzień

Następnego dnia dojeżdżam do Międzyzdroi, spędzam tu całe popołudnie, bardzo ładna mieścina. Chciałem wstąpić jeszcze do Świnoujścia ale stwierdziłem, że ciężko będzie zdarzyć na pociąg. Chociaż zwiedzę Szczecin (odrazu uprzedzam, niej jeździcie do Szczecina, zaraz wyjaśnię 😁), więc zawróciłem i kierowałem się już do miejsca końcowego tej wyprawy.

Koniec dnia wiec jak zawsze trzeba poszukać dobrego miejsca na rozbicie namiotu, oczywiście wzbudziłem zainteresowanie lokalsów, chwile pogadaliśmy, zjedliśmy wspólnie posiłek. Podobno konie chodzą spać podobnie jak ludzie, nic podobnego, miałem osobistych ochroniarzy pół nocy 😂

Piąty ostatni dzień


Następny dzień, stacja przed Szczecinem, coraz częściej myśle o prawdziwym prysznicu. Nie jestem jeszcze hardcorowym podróżnikiem który myje się raz na tydzień i to ściereczkami.

Co do miasta Szczecin. Jestem zawiedziony, specjalnie przyjechałem zarezerwowała sobie popołudnie na zwiedzanie tego miasta no ale stwierdziłem, że miasto jest tak obskurne, brudne i pełne pijących meneli na przystankach, więc koniec końców spędziłem 4 godziny na dworcu kolejowym, uhu.

Podsumowanie


Z Gdańska do Szczecina.

Razem:

620 km. W sumie 5 dni.
Widzimy się na trasie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.