Menu Zamknij

Autostop — relacja z podróży cz. 2

Po krótkiej przerwie czas zacząć opowiadać dalszą historię tej jakże pięknej podróży autostopem.

W części pierwszej skończyłem relacje w mieście Girona. Jeszcze raz muszę wam wszystkim polecić to miasto. Było to ostatnie miasto, które zwiedziłem w Hiszpanii. Chociaż teraz myślę, że mogłem zostać w tym kraju na dłużej. No cóż, błąd początkującego stopowicza.

Granica Hiszpańsko-Francuzka

Przedostanie się na stronę Francuzką, nie było takie łatwe, jak mogło się wydawać. Przez małe natężenie ruchu nie mogłem złapać stopa. Przy wylocie z miasta Figueres stałem w upale przez 4 godziny, czekając i przesuwając się w stronę granicy. Idąc autostradą (wiem, niezbyt mądre) wreszcie zatrzymała się kobieta. Bez chwili zawahania wsiadłem do auta. Nareszcie — pomyślałem. Przejechaliśmy chwilę w milczeniu, po czym moja wybawicielka odezwała się — jak chcesz, mogę wysadzić cię na granicy, z drugiej strony to w sumie jadę w okolice Narbony, ale musiałbyś ze mną poczekać pół godziny na mojego kolegę. Mam do niego sprawę.

Pewnie, że poczekam — odpowiedziałem. Jak później się okazało, to był błąd. Wyjechaliśmy w góry, gdzie nie było żadnego zasięgu, a kobieta, z którą jechałem, była bardzo zdenerwowana. Zacząłem się jej przyglądać, była bardzo chuda i miała punktowe zapalenia skóry. Pomyślałem, że właśnie czekamy na jakiegoś dilera. Z nerwów wysiadłem z samochodu i powiedziałem, że zaczekam na nią na przystanku. Po 45 minutach podjechała po mnie zadowolona od ucha do ucha. Dziwna sytuacja. Ze strachu zrobiłem sobie nawet zrzut ekranu mojej lokalizacji :).

Docierając do Narbony, był już wieczór, a wieczorem najlepiej znaleźć ciche miejsce na nocleg i po prostu iść spać, ja jednak utknąłem w środku miasta, nie mogąc złapać, żadnego stopa. Rozłożenie namiotu gdziekolwiek w pobliżu nie było opcją. Wokół mnie panoszyły się podejrzane typki albo po prostu po wcześniejszych przejściach dostałem lekkich paranoi :D. Przez brak już jakiejkolwiek cierpliwości wszedłem lekko na rondo, prawie że przymusem zatrzymując auto. Na szczęście kierowca okazał się na tyle miły, że wybaczył mi zuchwałość i zawiózł mnie na najbliższą stację paliw.

Na następny dzień w planach miałem zwiedzanie Marsylii, ale po dyskusjach z poznanymi ludźmi stwierdziłem, że nie ma sensu. Zdania były podzielone, ale większość odradzała mi spania na dziko, w tym mieście tak więc odpuściłem i obrałem następny kierunek.

Pewnie zastanawiacie się, czemu przejechałem prawie całą Francję, nie zwiedzając ani jednego miasta po drodze. Po prostu Francja nie przypadła mi do gustu.

Dotarłem do Nicei wczesnym rankiem. Miałem okazję podziwiać uroki plaży i zabytków jeszcze przed godzinami szczytu. Jest tu naprawdę ładnie, ale nie polecam nikomu zostać tu dłużej niż 2 dni. Jest tu drogo i bardzo dużo turystów. Jako już poranny rytuał w podróży codziennie rano szukałem parku, gdzie mogłem spokojnie przyrządzić sobie śniadanie.

A właśnie, dostałem wskazówkę od kolegi po przeczytaniu przez niego pierwszej części tego wpisu, że brakuje mu informacji na temat jedzenia. Gdzie jadłem, co mi smakowało czy nie, ile kosztowało itd. Mam smutną wiadomość. W większości jadłem jedzenie kupione w sklepach. Byłem dosłownie parę razy w restauracji. Traktowałem tę podróż jako swego rodzaju survival.

Wracając do sedna, w Nicei poszwendałem się po centrum miasta, później wróciłem na wybrzeże, którym szedłem na piechotę do Monako, no prawie, ponieważ w pewnym momencie chodnik się kończy i musiałem złapać stopa.

Monako

Jako odrębne miasto-państwo jest kolebką milionerów przez przyjazne prawo podatkowe. Wjeżdżając do miasta od razu widać bogactwo i przepych. Co jest pewnego rodzaju atrakcją. Jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tyle luksusowych aut w jednym miejscu, więc jeśli jesteś fanem motoryzacji, to jest to miejsce dla ciebie, a dodatkową atrakcją jest tu coroczna impreza Grand Prix Monako Formuły 1.

Miasto zacząłem zwiedzać od Hotelu de Paris Monte-Carlo, gdzie za dobę średnio płaci się 2 000 zł. Przed hotelem same limuzyny i drogie samochody. Wokół hotelu butiki takich marek jak Louis Vuitton, Dior, Chanel, które strzegą ubrani w garnitury ochroniarze, aż zaśmiałem się w duchu, przypominając sobie tę szopkę bogactwa.

Prawie jak Ferrari

Z Pałacu Księcia Monako można zobaczyć całe miasto, robi wrażenie. Wszystko wydaje się zorganizowane, a budynki idealnie dopasowane i wciśnięte w to małe miasto.

W ogrodach Św. Marcina zasłużony odpoczynek.

Wracając, zaglądnąłem jeszcze do Ogrodów Japońskich.

To był bardzo intensywny dzień. Wracając późnym wieczorem, udało mi się złapać jeszcze stopa. Czas na sen, dojechaliśmy w nocy na obrzeża miasta Ventimiglia, już we Włoszech gdzie znalazłem miejsce na rozbicie namiotu.

Następnego dnia zwiedziłem miasto Genua, Rapallo i Portofino. Totalny chillout. Bez większego szukania ciekawych miejsc. Chciałem po prostu odpocząć od tego niezrozumiałego pośpiechu.

Piza

Wreszcie docieram do Pizy, miasta znanego dla większości przez jedną atrakcję — Krzywą Wieżę, która mieści się w Campo dei Miracoli, czyli na Polu Cudów.

Każdy zakamarek miasta ma coś w sobie, tylko tylu tu turystów! Koniec końców wole mniej zatłoczone miejsca. Będąc tu, musiałem spróbować pizzy i to nie byle jakiej! Najlepszej w Pizie (tak mówiły internety), czyli La Taverna di Pulcinella. Poprosiłem o popisową pizzę lokalu, która okazała się pizzą składającą się z sosu, sera i paletą mięs. Miejsce można porównać do Tarnowskiej „Trzynastki” kultowe już miejsce z pizzą. Ogólnie polecam.

Po całym dniu zwiedzania najmniejszych zakamarków miasta i leżeniu na Polu Cudów trzeba było ruszać dalej.

Następny i ostatni dłuższy przystanek we Włoszech — Lukka. Co za miasto!

Starówka miasta jest otoczona murami obronnymi, które zachowane są w całości. Jest to małe miasto, które tętni życiem. Mury obronne służą jako deptak, jest to idealne miejsce na wieczorny spacer czy trening biegowy. Całe miasto jest w nienaruszonym stanie, co wieczór tubylcy ruszają, napełnić baniaki wodą z dalej działającej studni na środku miasta. Miasto jest mało znane wśród turystów, dlatego można tu na prawdę odpocząć.

Z Lukki kierowałem się już w stronę Bolonii następnie Padwy. Byłem dosłownie paręnaście kilometrów od Wenecji i jej nie zwiedziłem. Dlaczego? Jedyne co mi przychodzi dzisiaj na myśl — leń.

W jeden dzień przebyłem drogę od Lukki aż do Wiednia. I to wszystko stopem, nie jednym a sześcioma 🙂

Byliście kiedyś w Wiedniu? Ja też nie.

Zajechałem tam około północy, jest piątek więc wszyscy mieszkańcy, byli już dobrze wstawieni, ale na pełnej kulturce.

Miasto przypomina Berlin, jest schludne, czyste, zadbane. Wejścia na tereny atrakcji takich jak Pałac Schönbrunn, Hofburg były otwarte, co mnie niesamowicie zaskoczyło. Ludzie, których impreza przerosła spali zaraz koło pomników albo wręcz na nich. Śmieszny widok, ale dzięki temu mogłem zwiedzić miasto nocą. Jestem pewny, że wróce tu za dnia.

Czas już wracać. Kupiłem bilet na stronie Flexibusa z Wiednia do Krakowa, odjazd akurat za dwie godziny. Mam jeszcze czas na przechadzkę ulicami centrum.

W mieście roi się od budek z kiełbaskami, tak jak w Polsce na każdym rogu można kupić kebaba. Widząc wygłodniałych imprezowiczów, zajadających się kiełbaskami sam musiałem jednej spróbować.

Co bym zmienił w tej wyprawie?

Dużo

Po pierwsze spieszyłem się, nawet bardzo, zwiedzając miasta, dużo miast pominąłem w tym pośpiechu, często zapominając, po co w ogóle pojechałem na taką wyprawę. Drugi raz na pewno będzie to bardziej przemyślane! 🙂

Po drugie. Brak sprzętu potrzebnego podczas takiej wyprawy. Chodzi mi tu przede wszystkim o ciuchy i bieliznę termoaktywną. Zabrakło też dobrego obuwia, które jest tak istotne przy pokonywaniu na piechotę dziennie ponad 20 km, brak sandałów, niewygodny plecak, który miałem cały dzień na plecach.

Po trzecie Jedzenie. Nie zapoznałem się za dobrze z kuchnią regionalną, nad czym mocno ubolewam.

Koniec końców były to najlepsze wakacje w moim życiu.

1 Komentarz

  1. Kws

    Hmm zazdro.. 🙂 Taka przygoda i tyle krajów za jednym zamachem – a właśnie, ile Ci zajął cały trip? Wenecji nie żałuj, śmierdzi kanałem (podobno;) w końcu miasto na wodzie. A Wiedeń polecam za dnia, dużo do zobaczenia a komunikacją miejską – metro, autobus, tramwaj – jesteś w stanie dotrzeć w dowolne miejsce na jednym bilecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.